nie ma czasu trzeba zapier

Wiesz czego się nie da ? Nie da się za krótkiej koszuli os*ać, albo podobno parasola w tyłku otworzyć. Nie ma w tej materii jakiejś sztywnej reguły. Niemniej osobiście uważam, że jeśli kochasz to co robisz masz bardzo duże szanse na to, że Twoja firma przetrwa. W konsekwencji czasu zacznie się rozwijać i zdobywać rynek. Nie zawsze pracodawca ma obowiązek tworzenia harmonogramu. W myśl art. 129 § 4 k.p. pracodawca nie ma obowiązku sporządzania rozkładu czasu pracy, jeżeli: rozkład czasu pracy pracownika wynika z prawa pracy, obwieszczenia, o którym mowa w art. 150 § 1 k.p. albo z umowy o pracę; w porozumieniu z pracownikiem ustali czas niezbędny do Otóż nie, ale nigdzie tego nie obiecujemy. Staramy się żeby tak było i mamy na to proces. Dodatkowo, dzięki wykorzystaniu SalesBota i spięciu formularzy ze strony www z CRMem przez Zapier siły zbrojne. WOT – jak politycy łatwo mogą zepsuć sukces. "Jest bardzo złą rzeczą przeciwstawianie WOT innym rodzajom sił zbrojnych". Bardzo złym prognostykiem są słowa Donalda Tuska o Wojskach Obrony Terytorialnej jako „parawojsku”. Są znakiem, że Tusk nie interesuje się wojskiem, nie ma o nim wiedzy, a co gorsza nie Wreszcie pierwszy, pełny trening przeszkodowy w tym roku. Z formą dramatu nie ma, ale inni też nie spią i trzeba zapier ;) Plan: 1. Krótki tor nonton film doctor stranger episode 2 sub indo. Drzewo, które rosło obok płotu wszyscy nazywali małą sosna. Nie wiem jak to się stało, ale któregoś dnia spostrzegłam, że sięga co najmniej 3 metry ponad wysokość ogrodzenia i że ani ono ani ja, nie jesteśmy już dawno dziećmi. Czas mija tak szybko. I ma to masę konsekwencji. Dawno temu, kiedy byłam studentką, jeden z profesorów, tak zaczął swój wykład. Proszę Państwa – mówił z pełną powagą – jeśli jeszcze tego nie czujecie, to najwyższy czas zacząć – Moja babcia, kiedy miała 70 lat powiedziała mi najważniejszą rzecz, jaką wiem o sobie i o życiu – czas nie pędzi, czas zapierdala. Nie ma chwili do stracenia. Nie ma na co czekać. Czas i tak minie. W poszukiwaniu straconego czasu Upływ czasu dostrzegamy zwykle dopiero po fakcie, na co dzień mija niepostrzeżenie. Dlatego marnujemy dni i godziny, nie mówimy bliskim tego, co powinno być powiedziane, trwamy w urazach, nie jesteśmy zdolni do refleksji, żyjemy z dnia na dzień. Bagatelizujemy fakt, że nie jesteśmy wieczni. Nikt nie jest. Tymczasem świadomość własnej śmiertelności nie powinna nas specjalnie zasmucać (nie mamy na to wpływu), ale raczej mobilizować do tego, aby jak najlepiej wykorzystać czas, który nam pozostał. Nie masz wieczności, ale masz x dni, które możesz przeżyć dobrze, źle, albo tak sobie. Czy to mało, czy dużo? Bez znaczenia, bo to wszystko co masz. Problemy rosną w czasie Całkiem jak ta mała sosna. I bardzo często dzieje się to równie niepostrzeżenie. Lubimy wierzyć, że coś stało się nagle, jakoś tak, z dnia na dzień, ale tak naprawdę rzadko tak się dzieje, a zdarzenia, które w ten sposób postrzegamy są zwykle konsekwencją wieloletnich zaniedbań, działania, albo zaniechania działania i można je było z dużym prawdopodobieństwem przewidzieć. Pod warunkiem, że bylibyśmy ich świadomi. Często jednak nie jesteśmy. Zaradź złemu póki czas „Zaszyj dziurkę, póki mała — Mama Zosię przestrzegała. Ale Zosia, niezbyt skora, odwlekała do wieczora. Z dziurki dziura się zrobiła. A choć Zosia i zaszyła, popsuła się suknia cała.” – ten wierszyk znamy od dziecka. I w życiu jak w wierszyku, dobrze cerować problemy i szukać rozwiązań wtedy kiedy dopiero raczkują i ledwo odrastają od ziemi, a nie wtedy, kiedy sięgają trzy metry ponad płot i czujemy się mali i nic nieznaczący w ich cieniu. Gdybym nie miał żadnej nadziei na lepsze, zmieniłbym całe życie Napisał kiedyś w komentarzu do postu Tomek Tomczyk. Można go lubić, albo nie, nie ma to większego znaczenia, ale to zdanie pokazuje świetnie różnicę między osobą, która aktywnie działa w obszarze swojego wpływu, a kimś, kto wchodzi w rolę ofiary ( więcej TUTAJ). Pamiętaj, że oprócz ograniczeń masz też możliwości. I nigdy nie wiesz do końca jak wykorzystanie jednej z nich odmieni twój punkt widzenia i twoje życie. Czas nie pędzi, czas zapierdala. Zaraz będzie jutro, a potem za miesiąc. Nie czekaj. Nie ma na co. Wszystko co masz, to ten czas. Jeśli nic nie zrobisz, stracisz go. Nie dostaniesz z powrotem ani minuty. Podobało się? Podaj dalej! Dziękuję 🙂 Work-life balance? To fajne hasło. Ale ile z nas może sobie na coś takiego pozwolić? Jednak z innej strony: czy praca po 16 godzin to faktycznie klucz do sukcesu? Po części rozumiem grono osób rozdrażnionych słowami profesora Matczaka, który w jednym ze swoich tweetów kilka dni temu napisał o pracy po 16 godzin. Chociaż wydaje mi się, że wokół jego wypowiedzi narosło znacznie więcej teorii niż sam autor miał na myśli. Ogromnie szanuję profesora i też rozumiem jego stosunek do pracy, ale przyznam, że sama 16 godzin w robocie bym nie chciała spędzać. Dlatego też świadomie nie poszłam na studia prawnicze, który poniekąd mógł być dla mnie oczywistą oczywistością – jestem dzieckiem i wnuczką prawników. Mój ojciec pracował zawsze tyle, że widywałam go głównie w weekendy, moja babcia wychodziła do pracy o 7, wracała po 19 i nigdy mnie to w sumie nie dziwiło. Jedynie ostatnio zdałam sobie sprawę, że dużo w moim życiu było mamy – jak na kobietę pracującą w zawodzie na pełen etat – i zrozumiałam, że kosztem swojego zdrowia, przyjemności oraz czasu wolnego siedziała po nocach, pracując jeszcze w domu, skoro niczego mi nie brakowało (a przede wszystkim czasu z nią). Jednak ja sama bardzo świadomie poszłam w zupełnie innym kierunku - mimo że piszę teraz ten tekst „po godzinach”, bo bardzo często mój czas po „regularnej” pracy poświęcam na inne zobowiązania. Lubię być zajęta, chociaż nie umiem jeszcze do końca powiedzieć, czy wynika to z mojej silnie zakorzenionej wewnętrznej potrzeby i żyjącego we mnie pracusia, czy raczej jest to efekt życia w kulturze zapier***u. Szczytem mojego „spełnienia”, było pisanie pracy magisterskiej w Danii, staż na pełen etat w firmie producenckiej ZA DARMO i praca w kawiarni w celach zarobkowych jednocześnie. Realnie miałam wolny jeden (!) dzień w tygodniu, z którego niezbyt korzystałam, bo po prostu padałam na twarz. Przyznam też od razu, że nikt mnie do tego nie zmuszał – jedynie moja głowa – i z perspektywy czasu nie żałuję tego czasu. Mogę nawet szczerze przyznać, że dużo mnie nauczył (przede wszystkim o sobie) i bardzo tego potrzebowałam. Tylko w tym wszystkim miałam bardzo dużo szczęścia i uprzywilejowania, bo to był tylko i wyłącznie mój wybór. Nie przymus wynikający z trudnego startu, braku warunków do rozwoju, zasobów materialnych itp., ale świadoma decyzja i potrzeba sprawdzenia się. Niestety jest ogromna grupa ludzi w naszym kraju, którym wmówiono (mam na myśli cały system i starsze pokolenia), że nie ma innej właściwej ścieżki jak: szkoła, studia, potem bezpłatne staże i dalej dobrze płatna praca z niepłatnym nadgodzinami. Niestety oprócz ciężkiej pracy – często ponad siły i z pominięciem kodeksu pracy – na tzw. sukces składa się masa innych czynników. I są to po kolei: rodzina, zasoby materialne, zdrowie, szczęście, dostęp do nauki i narzędzi pozwalających na rozwój osobisty i tak dalej. A tę ślepą jeszcze wiarę, że jedynie ciężka praca po 16 h przyniesie największe profity, z chęcią wykorzystują nieuczciwi pracodawcy i pracodawczynie, dla których liczy się przede wszystkim wynik, a nie człowiek. Jasne, jeżeli sam czy sama masz ochotę na taką pracę, bo to tobie odpowiada, nie potrzebujesz do szczęścia życia prywatnego czy czasu wolnego i masz ku temu realne możliwości – okej, nikt ci nie broni. Tylko nie możemy żyć w świecie, w którym z założenia system i pracodawca wymagają poświęcenia życia i zdrowia na rzecz…no właśnie czego? Mam jedną przyjaciółkę – prawniczkę – którą pewnego pięknego dnia zabrała karetka z pracy, bo zemdlała z przemęczenia. Jasne, nikt jej otwarcie nie kazał tyle pracować, no ale wiadomo projekt sam się nie zrobi, a zamknięcie transakcji zaraz, więc trzeba cisnąć. Będąc jeszcze w szpitalu, dostała wiadomość od szefa, kiedy skończy swoje zadanie. Takich przykładów znam dziesiątki, ale ten wyjątkowo mną wtedy wstrząsnął. Już nawet nie mówiąc o tym facecie jako szefie z piekła rodem. Jak strasznym trzeba być człowiekiem, jak bardzo nie mieć empatii, uczuć, taktu, poczucia przyzwoitości, żeby doprowadzić kogoś do takiego stanu i jeszcze bezczelnie nękać CHOREGO człowieka takimi wiadomościami?! Ja naprawdę rozumiem, że niektórzy utyskujący na młodszych osobników (w ich mniemaniu leniwych) przedstawiciele starszego pokolenia pracowali dużo i ciężko na swój sukces, ale też na nas. To też dzięki ich osiągnięciom kolejne roczniki mają łatwiejszy start w dorosłe życie. Do tego dochodzą nowe technologie, otwarte granice, wymiana wiedzy i doświadczeń, co za czasów naszych rodziców nie było takie oczywiste. Zdaję sobie sprawę, że to może budzić frustrację i negatywne komentarze. Ale czy my mamy przepraszać za możliwości, które daje nam współczesny świat? Czy mamy kajać się za to, że wyznajemy inne wartości? Prawda jest taka, że ogromna grupa młodych ludzi zauważyła, że te starsze pokolenia za ten swój SUKCES zapłaciły niewspółmiernie wysoką cenę. Zażynanie się w robocie po kilkanaście godzin koniec końców musi mieć negatywne konsekwencje. Brak czasu wolnego, powierzchowne relacje w rodzinie (albo w ogóle ich zanik), brak przyjaciół, czasu na przyjemności, utrata zdrowia, szybkie wypalenie zawodowe – życie sprawiedliwe nie jest, a w naturze musi być równowaga. Żeby coś zyskać, musisz w końcu coś stracić. Dodam jeszcze jedną uwagę, która pokazuje, że problem pracy „po godzinach” jest nieco bardziej złożony. Nowe technologie do których mamy dostęp, dzięki którym często wykonujemy pracę efektywniej, szybciej i łatwiej sprawiają często, że jesteśmy w tej pracy non stop - kto nigdy nie sprawdził maila służbowego w domu niech pierwszy rzuci kamieniem. Może zabrzmi to banalnie, ale w najprostszych słowach zazwyczaj jest najwięcej sensu. Praca jest po to by żyć, nie odwrotnie. Na szczęście żyjemy w czasach, kiedy coraz częściej mówimy głośno o zdrowiu psychicznym, o potrzebie i prawie do odpoczynku, regeneracji i po prostu błogiego lenistwa. Tak – napisałam to – i lenistwo to nic złego. Jak świetnie określiła to psycholożka i edukatorka Ania Cyklińska (@psychoedu_): „lenistwo nie musi być kojarzone z próżnością czy pasożytnictwem. To również wyraz pogody ducha, uspokojenia duszy i myśli”, a odpoczynek to „ważny element dbania o swoje zdrowie psychiczne i fizyczne”. Ja sama kiedyś łapałam się na myśleniu, że marnuję czas odpoczywając i nie będąc „produktywną”. O zgrozo, jak strasznie było to szkodliwe przekonanie. Rodzaj pracy ani przepracowane w niej godziny nas nie definiują, a każdy człowiek ma prawo do godnej pracy, zarobków, szacunku i czasu wolnego. Zobacz także: Marek Saganowski: Przychodząc tutaj zdawałem sobie sprawę, że trzeba będzie mocno popracować, żeby właśnie tak zacząć. Przyszedł efekt ciężkiej pracy i jest tak, jak jest. Nie żałuje pan, że wcześniej wrócił do ŁKS, a nie lepszego klubu? Marek Saganowski: Nie. Władze zapewniały mnie, że ŁKS będzie odbudowywany. Sytuacja, jaka później się wytworzyła, mnie zaszokowała i chyba przerosła. Rozmowa była tylko o jednym, o zaległościach, na piłce nikt się nie skupiał. Patrząc na pana obecną dyspozycję można żałować, że nie grał pan w lepszych warunkach już wcześniej. Marek Saganowski: Ja nie żałuję. Próbowałem zrobić wszystko, aby w ŁKS-ie było dobrze. Nie mam sobienic do zarzucenia. Założyłem, że wrócę do Polski, do mojego klubu, któremu udało się awansować do ekstraklasy. Wydawało mi się, że to prezent od losu, iż wracam do domu, miasta, gdzie się urodziłem i wychowałem. Chciałem ŁKS odbudować, wyciągnąć z marazmu. Teraz wyciąga pan Legię. Marek Saganowski: Nie trzeba jej wyciągać, trzeba tylko zapomnieć o ubiegłym sezonie zapomnieć. Mamy teraz kolejne cele do zrealizowania. Legia chyba znowu stanowi drużynę. Jak duża jest w tym pana rola? Marek Saganowski: Jak każdego. Jest super atmosfera, fajnie się czujemy, nie ma zazdrości czy nienawiści. Nawet kiedy trener robił roszady w składzie, nikt nie stroił fochów. To wynik jasno przedstawionych założeń: będzie tak i tak. Ale pan miał pomóc tworzyć tę atmosferę w szatni. Marek Saganowski: Trener i działacze wiedzieli, po co mnie ściągają. I chyba to był dobry ruch z ich strony. Zgodzi się pan z teorią, że w Legii byli dobrzy piłkarze, ale brakowało wojowników? Marek Saganowski: Zgodzę, że faktycznie Legia ma bardzo dobrych piłkarzy. Co do poprzedniego sezonu, wszyscy mówili, że brakowało jej walczaków. Są tu tacy, którzy potrafią walczyć, ale zabrakło osoby, która podchodzi do zawodu następująco: nie ma fochów, trzeba zapier... i swoją robotę wykonać. Myślę, że na teraz właśnie to przede wszystkim daję drużynie. Trener Urban mówi: Marek może zagrać lepiej lub gorzej, ale nikt mu nie zarzuci, że nie walczy. Zawsze pan taki był? Marek Saganowski: Tak. Zawsze ciężko było mi pogodzić się z porażką, chociaż staram się tego nie pokazywać. Nie lubię być obijany. To mnie drażni. Nawet jakbym miał jedną nogę, a ktoś zacząłby mnie obijać, to bym walczył. Tak zostałem wychowany, że mam zapier... i tak wychowuję swoje dzieci. W życiu wszystko trzeba sobie wywalczyć, wydrzeć. Jest pan napastnikiem, który nie ma przestojów, cały czas gdzieś biega. Marek Saganowski: Dopiero teraz, kiedy w Legii jest system Amisco, sam to widzę. Faktycznie, zawsze jestem w czubie tych, którzy najwięcej biegają. Inaczej nie potrafię. Muszę być pod grą, nawet jeśli przesadzam i przez to są jakieś niedociągnięcia. Kiedyś trener Leo Beenhakker powiedział: „nie biegaj ciągle, tylko stań przy polu karnym i czekaj". Czułem się tak, jakbym był związany, nie mógł grać w piłkę, robić to, co kocham. Dzięki tym cechom bardzo szybko zaaklimatyzowałem się w Anglii. Minął miesiąc, a czułem się, jakbym był tam pół roku. Czyli jest pan zaprzeczeniem powiedzenia, że lepiej mądrze stać niż głupio biegać? Marek Saganowski: Są tacy, którzy mądrze stoją, czekają i wiedzą, kiedy się zerwać. Ja mam swój styl, temperament, wolę popracować. Właśnie przechodził obok nas kibic Legii, który powiedział: „wielka sprawa Marek, że wróciłeś". Ile razy słyszał to pan w ostatnich dniach? Marek Saganowski: Jeszcze zanim podpisałem kontrakt i przyjeżdżałem na Legię, słyszałem od kibiców: „Przyda się taki zawodnik. Dobrze, że wracasz, my starzy cię dobrze pamiętamy". To cieszy. Każdy piłkarz pracuje na szacunek u kibiców. Ja zawsze zostawiałem trochę zdrowia na boisku, obojętnie gdzie grałem. Legia to dla mnie jeden z lepszych okresów w lidze polskiej. Fajnie, że ktoś to docenia. Miesiąc temu opinie były różne... Szczególnie u tych młodszych. Po co nam stary Saganowski – pytali. Marek Saganowski: Każdy człowiek ma prawo do swojego zdania. Fajnie przyjść do domu, wejść do internetu, napisać coś, wyłączyć komputer i się cieszyć. Takie sytuacje potrafią podgrzać zawodnika, choć myślę, że więcej było pozytywnych reakcji. Szczerze mówiąc, jak ktoś mądry chce cię skrytykować, to przyjdzie i powie wprost, co mu nie pasuje. Takiej krytyki się nie boję. Anonimowe głosy mnie nie bolą. Mój przyjaciel ostatnio mi wysłał SMS-a: „no Marek, pozamykałeś, za przeproszeniem, ryje niektórym z internetu". Grał pan kiedyś z lepszym piłkarzem od Danijela Ljuboi? Marek Saganowski: Grałem z różnymi, Henrikiem Larssonem, Giovannim van Bronckhorstem – każdy z nich jest inny. Ljubo to zawodnik świetny technicznie, wszystko widzi. Podoba mi się zwłaszcza jedno – nie gra tak, jak większość ludzi się spodziewała, czyli pod siebie. Pozycja cofniętego napastnika, pasuje do niego idealnie. Coraz częściej mówi się, że jego skuteczność wynika z pana sposobu gry – robi pan mu miejsce, rozbija rywala, a Ljuboja ma łatwiej. Marek Saganowski: Taka sama sytuacja była kiedyś, jak Stanko Svitlica wygrał klasyfikację strzelców naszej ligi. Ale przypominam, że nawet jak zagram dobrą piłkę, to jeszcze ktoś musi umieć to wykorzystać. Ljuboja czy Svitlica to tacy piłkarze. Mówił pan, że wszystko w życiu trzeba wydrzeć. Tak samo będzie z awansem do fazy grupowej Ligi Europy? Marek Saganowski: Oczywiście. To pokazały poprzednie rundy. Jeśli się na maksa nie skoncentrujesz i nie walczysz, to jest ciężko, zwłaszcza polskiej drużynie. Nieprzypadkowo nasza reprezentacja zajmuje odległe miejsce w rankingu FIFA. Wszyscy idą do przodu, uciekają nam, dlatego starcie z Rosenborgiem będzie trudne. Ale jeśli chcemy liczyć się w Europie, Norwegów musimy przejść. Co jest waszą siłą? Marek Saganowski: Kolektyw i wszystko po troszeczku. Uważam, że gramy fajną, widowiskową piłkę, zdobywamy dużo bramek, są indywidualności, które potrafią grać dla drużyny. A przecież mamy rezerwy, kilku zawodników dojdzie. Trener fajnie to ustawia, żongluje nami, a to oznacza, że mamy zespół, w którym każdy czuje się potrzebny. Czujecie presję? Działacze nie ukrywają, że wejście do Ligi Europy zagwarantuje stabilizację finansową. Marek Saganowski: Na razie z czymś takim się nie spotkałem, nikt od tego dwumeczu nie uzależnia przyszłości Legii. Ale sami zdajemy sobie sprawę, jakie korzyści finansowe ma klub grający w Lidze Europy. Większość poczuła to w poprzednim sezonie, kiedy udało się awansować. Wiecie już jak gra Rosenborg? Marek Saganowski: Poznajemy go. Trenerzy przyjęli taki system, że wszystko wiemy dzień przed meczem. Dlaczego? Marek Saganowski: Żeby niczego nie przeoczyć. 24 godziny przed meczem jest już największa koncentracja, wtedy najłatwiej przyswaja się takie informacje. Spodziewa się pan przede wszystkim walki fizycznej? Marek Saganowski: Nie odkryję Ameryki jak powiem, że Norwegowie będą grali długimi podaniami, na walkę. I na tę walkę musimy być przygotowani. To dlatego mecz z Koroną był idealnym przetarciem? Marek Saganowski: Tak. Fajnie, że udało się wysoko wygrać, a cztery bramki były najniższą karą dla rywala. Mnie cieszy też coś innego – że nie tylko przetrzymaliśmy ich agresję, ale umieliśmy się jej przeciwstawić. To znaczy, że jesteśmy zespołem gotowym na walkę. Dlaczego niektórzy z zawodników w poprzednim sezonie nie walczyli, a teraz jeżdżą po boisku na tyłkach? Marek Saganowski: To zasługa trenera. On wie, że umiemy grać w piłkę, że kombinacyjna gra nam nie przeszkadza. Tyle, że taki zespół trzeba zmusić do walki. Trenerowi się to udało. Czyli jeżeli dorównacie Rosenborgowi pod względem fizycznym, to o aspekt piłkarski nie ma co się martwić? Marek Saganowski: Nie chcę przekreślać szans rywala. Ale wierzę w nas, w nasze umiejętności. Jeśli zagramy tak, jak chcemy, będzie dobrze. Jeszcze nigdy żadna nasza drużyna nie grała dwa razy z rzędu w fazie grupowej europejskich pucharów. Czujecie, że to może pomóc tej naszej poniewieranej piłce nożnej? Marek Saganowski: Poniewieramy to my ją sami. Ci, którzy nie mają o niej pojęcia, siedzą w lekkiej atletyce czy gdzieś indziej, wygadują różne głupoty. Nie wiem, czy z zazdrości, czy dlatego, że im w futbolu nie wyszło i musieli uprawiać inne sporty. To naprawdę piękna przygoda, dwa razy z rzędu grać w Lidze Europy, zdajemy sobie z tego sprawę. Zabolały pana słowa mistrzów olimpijskich na temat piłkarzy? Marek Saganowski: Oczywiście, że tak. Jeśli na temat ambicji i honoru wypowiada się pan Kołecki, to chciałbym go zapytać, dlaczego dwa razy złapano go na dopingu. Jeśli jest taki honorowy, to czemu korzystał z niedozwolonych środków, by osiągać sukcesy? Uważam, że on nie ma honoru. Co mówi panu liczba 17? Marek Saganowski: Tyle brakuje mi do setki. Nie lat, a bramek w naszej lidze. Nie ukrywam, to mój cel, który chcę osiągnąć. W ciągu roku, dwóch, trzech, ale chciałbym kiedyś usiąść z moimi synami i powiedzieć: „tata strzelił 100 goli w polskiej lidze". >> Urban: Zagramy przeciwko piłkarzom, a nie drwalom Dobrze byłoby też usiąść jesienią i powiedzieć, że tata grał w fazie grupowej wszystkich europejskich pucharów? Marek Saganowski: Ligę Mistrzów i Puchar UEFA zaliczyłem. Chciałbym im móc tak powiedzieć i myślę, że stać nas na awans. >> Zamieszanie w Polonii Warszawa! Zdaniem prokuratora 51-letni Krzysztof z Antoniowa pod Ozimkiem został zamordowany krótko przed świętami Bożego Narodzenia w 2019 roku, choć jego zwłoki znaleziono w rzece dopiero trzy miesiące później. Za zbrodnię został nieprawomocnie skazany Arkadiusz N., mieszkaniec tej samej wioski. Problem w tym, że ofiara była widziana przez kilku niezależnych świadków w czasie, gdy miała już nie żyć. Niejasności w tej sprawie jest więcej. Arkadiusz N. przekonuje, że ktoś wrabia go w tę zbrodnię. - Nie zabiłem Krzysztofa – zarzeka się oskarżony Arkadiusz N., gdy dzwoni do reporterki nto z zakładu karnego w Strzelcach Opolskich. – W tej sprawie nic nie gra, ale widocznie nie było lepszego kandydata, więc przypięli tę zbrodnie mi. Wyrok pierwszej instancji był dla mnie szokiem, bo przy tak lipnych dowodach spodziewałem się uniewinnienia. Na koniec pojawił się jeszcze świadek, który opowiadał, że słyszał jak się rzekomo odgrażałem, że zabiję P. Dlaczego wcześniej milczał? Sądu to nie Arkadiusz N., nim trafił za kratki, mieszkał w Antoniowie pod Ozimkiem. Był wówczas mężem i ojcem trójki dzieci. Później jego małżeństwo się rozpadło. – Życie zrujnował mi prokurator. Powiedział żonie, żeby się ze mną rozwiodła, bo ja z więzienia nie wyjdę – mówi gorzko. Pokrzywdzonego znał. Krzysztof pomagał mu rąbać drewno na P., rocznik 1968, rozwiedziony, ojciec trójki dzieci. Mieszkał w Antoniowie samotnie. Z policyjnej notatki wynika, że mężczyzna ostatni raz był widziany przez sąsiada tuż przed świętami Bożego Narodzenia w 2019 roku. Miał wówczas iść do pobliskiego sklepu. Rodzinie tę wersję potwierdziła ekspedientka. Później kontakt się urwał. P. nie odbierał telefonów od krewnych i nie odpisywał na wiadomości. Początkowo nie byli zdziwieni, bo nieraz mówił, że świąt nie obchodzi. Ale Krzysztof milczał również po świętach. Gdy okazało się, że nie ma go w domu, a z posesji zniknął też jego rower, syn i zięć zgłosili zaginięcie. Było to na dwa dni przed Sylwestrem. Prowadzone przez policję działania przez wiele tygodni nie przynosiły rozwikłania zagadki, choć dokonano analizy bilingów telefonicznych oraz rozpytano w miejscowym półświatku. Krzysztof P. przepadł jak kamień w wodę. 51-latek miał problem z alkoholem. Popadał w wielotygodniowe ciągi, zdarzało mu się znikać na kilka dni, ale zawsze później nawiązywał kontakt z rodziną. Tuż po Nowym Roku przy korycie rzeki, niedaleko domu zaginionego, znaleziono jego rower. W rowie za domem ujawniono z kolei polarową bluzę, koloru beżowego. 22 grudnia Krzysztof P. był w niej w miejscowym markecie. Potwierdziło to nagranie monitoringu. Uwagę kryminalnych zwróciła również kartka znaleziono w domu zaginionego, na której zanotowano ręcznie „(…) chciał mnie zabić”. Cztery dni później ktoś rozszyfruje, że czyhającym na życie P. miał być niejaki „Chódy” (pisownia oryginalna). Powołany do sprawy biegły nie będzie miał później wątpliwości, że autorem zapisku był Krzysztof. Z notatki policyjnej z 8 stycznia 2020 r., sporządzonej przez funkcjonariusza Komisariatu Policji w Ozimku: „W ramach pracy operacyjnej ustalono, że osobą o pseudonimie „Chódy” może być Arkadiusz N., zamieszkały w Antoniowie (…), przeciwko któremu złożono zawiadomienie dot. gwałtu w dniu 10 września 2019 roku na Pani (tu imię i nazwisko). Świadkiem tych wydarzeń miał być wtedy Krzysztof P., który namawiał Panią (…) do złożenia zawiadomienia oraz zapewniał ją, że może zeznawać w tej sprawie”. Informację taką policjant uzyskał od córki zaginionego. Sytuacji Arkadiusza N. nie poprawiał fakt, że na krótko przed zaginięciem był widziany w towarzystwie Krzysztofa P. w miejscowym sklepie, gdzie kupował alkohol. Dowód na to był niezbity, w postaci zapisu monitoringu. Następnie mężczyźni odjechali skuterem w kierunku Jedlic. I tu ślad się urywa. Przynajmniej dla prokuratury i sądu. 26 marca 2020 r., a więc trzy miesiące po zaginięciu byłego leśniczego, w pobliskich w Dylakach, w miejscu gdzie rzeka Libawka uchodzi do Jeziora Turawskiego, odnaleziono zwłoki mężczyzny. Natknął się na nie spacerowicz. Rodzina rozpoznała, że to zaginiony Krzysztof P. Z aktu oskarżenia wynika, że Arkadiusz N. miał udusić swoją ofiarę w nocy z 22 na 23 grudnia, a następnie ukryć zwłoki przy ujściu rzeki. Prokurator przyjął, że do zabójstwa doszło w domu Krzysztofa P., a następnie sprawca wywiózł zwłoki swoim samochodem. Pokonanie autem drogi od miejsca zamieszkana denata do miejsca ujawnienia zwłok zajmuje około 15-20 minut. Kto i po co ukrył rower? Odpowiedzi na to pytanie w aktach nie znajduję. Kluczowe w takich przypadkach jest znalezienie motywu. Prokurator widział go tak: „Motywem działania podejrzanego była zemsta na Krzysztofie P. w związku ze sprawą usiłowania zgwałcenia (tu imię i nazwisko kobiety). (…) Kwestia ta rozniosła się w lokalnym środowisku, wyśmiewano córkę Arkadiusza N. w szkole. Krzysztof P. rozpowiadał, że Arkadiusz N. jest gwałcicielem”. Do tych zdarzeń doszło 3 miesiące przed tajemniczym zniknięciem Krzysztofa. Mieszkanka Antoniowa zgłosiła wówczas, że sąsiad, czyli Arkadiusz N. próbował ją skrzywdzić. 20 grudnia 2019 r. N. usłyszał zarzut w tej sprawie. Prokurator przyjął, że dwa dni później, w nocy z 22 na 23 grudnia, doszło do sprawie gwałtu zrobiło się głośno za sprawą postu na Facebooku, który zamieściła sama ofiara. Kobieta o zdarzeniu powiedziała też Krzysztofowi P., z którym się przyjaźniła. Mężczyzna miał się wówczas zdenerwować i zadeklarować, że „zrobi porządek z Arkiem”. 43-latek do dziś zarzeka się, że nie próbował zgwałcić sąsiadki (finalnie został za to prawomocnie skazany). Przed prokuratorem twierdził, że Krzysztof P. zagadnął go kiedyś mówiąc, iż pokrzywdzona chce, by P. zeznawał przeciwko Arkadiuszowi. Wspomniał również o imprezie, na której konkubent kobiety „miał przykuć kajdankami Krzyśka do grzejnika i kazał mu zeznać przeciwko mnie za kwotę 10 tys. złotych”. Partnerka Krzysztofa powiedziała później przed sądem, że ona i Krzysztof faktycznie zostali skuci kajdankami przez męża napastowanej kobiety, który był policjantem, ale że ten zrobił to dla żartu. O tym, żeby namawiał P. do składania zeznań przeciwko Arkadiuszowi N. nie słyszała. Krzysztof P. rozwiódł się 8 lat przed zaginięciem. Kobieta, z którą był później w związku, na stałe mieszkała w Niemczech, gdzie pracowała. Opowiedziała policjantom, że jej kochanek często chodził nad kanał znajdujący się obok jego domu, uważał też, że ma nadprzyrodzone moce. Dodała również, że kilka miesięcy wcześniej Krzysztof P. wspominał jej o Radku K., ps. Chudy i Kangur, który miał być agresywny wobec zaginionego. Pseudonim był jednym z tropów, prowadzących do Arkadiusza N., choć on sam twierdzi, że nigdy nie używał ksywy Chudy. Wśród świadków, zeznających na różnych etapach postępowania, pojawiło się co najmniej kilku murowanych „kandydatów” do tego przydomku. Arkadiusz N. po raz pierwszy zostaje zatrzymany 4 lutego 2020 roku, a więc jeszcze przed odnalezieniem zwłok. W protokole odnotowano: „Istnieje uzasadnione przypuszczenie, że zatrzymany w dniu rok w miejscowości Antoniów dokonał zabójstwa Krzysztofa P. Zachodzi obawa zacierania śladów”. Mężczyzna nie przyznał się wówczas do winy. Potwierdził natomiast, że 22 grudnia podwiózł Krzysztofa P. do sklepu po alkohol, a później zawiózł go na ul. Młyńską i tam się rozstali. Arkadiusz N. twierdzi, że po tym, odstawił skuter, wsiadł w samochód i pojechał na parkingu przy kościele w pobliskim Szczedrzyku, by odreagować kłótnię z żoną. Następnie miał wrócić do domu, wypić w garażu dwa piwa i pójść do domu, gdzie natknął się na żonę. Na korzyść zatrzymanego nie przemawiają kłamstwa, na których został przyłapany. Miesiąc po zaginięciu Krzysztofa, policjanci rozpytywali sąsiadów. Trafili również do Arkadiusz N. oraz jego żony. Powiedzieli, że znają mężczyznę tylko z widzenia, a ostatni raz widzieli go w sobotę przed świętami (czyli P. jechał na rowerze, a oni mieli wówczas wieszać lampki. Arkadiusz dodał jeszcze, że „oni z takimi ludźmi się nie zadają”. O wspólnych zakupach w sklepie nie wspomniał. Przed sądem stwierdził później, że powiedział tak przy żonie, która zabroniła mu się zadawać z alkoholikami. 5 lutego 2020 roku rusza śledztwo. Arkadiusz N. jest podejrzany o to, że „w grudniu 2019, w nieustalonym miejscu, w nieustalony sposób pozbawił życia Krzysztofa P., lat 51, a następnie dokonał ukrycia zwłok (…) w nieustalonym dotychczas miejscu”. W charakterze świadka przesłuchano również żonę podejrzanego. Kobieta stwierdziła, że mąż nie chciał jej powiedzieć, gdzie był 23 grudnia. „Ja jeszcze potem wiele razy pytałam się, gdzie był tej nocy i co robił, ale on mnie zbywał, mówił, że po co do tego wracać, nie chciał powiedzieć, gdzie był. (…) On się zamknął w sobie od tego czasu”. Mężczyzna wkrótce wyszedł na wolność, bo materiał dowodowy był zbyt słaby. W maju 2020 r. Arkadiusz N. zostaje jednak zatrzymany ponownie. Tym, co go obciąża jest znaleziony u niego telefon denata. Dwa dni później, podczas posiedzenia przed sądem w sprawie tymczasowego aresztu twierdzi, ze telefon kupił przez internet. Później zmieni zdanie i będzie utrzymywał, że historyjkę o zakupach przez internet podsunął mu policjant podczas przeszukania, sugerując, że tak będzie dla niego korzystniej. Według nowej wersji (N. podtrzymuje ją do dziś) telefon znalazł nad rzeką, gdy wracał ze swoim psem ze spaceru, ale nie wiedział, do kogo on należy. Co się stało z byłym leśniczym Krzysztof P. mieszkał w budynku dawnej leśniczówki. Żona odeszła od niego, bo nadużywał alkoholu. Miał też długi - zdaniem bliskich „drobne”, choć on sam zwierzał się znajomym, że chodziło o spore kwoty. O szczegółach nie opowiadał. Była żona przyznała przed sądem, że ojciec jej dzieci był lubianym człowiekiem. Dwa tygodnie przed zaginięciem, gdy odwiedziła go z synem, powiedział, że „sobie coś narobił i coś może wyjść”. Mówił, że czegoś się obawia, ale nie powiedział czego, a oni nie dopytywali. Były leśniczy miał swoje zasady, nie wpuszczał raczej ludzi do swojego domu, nawet znajomych. Gdy zaginął, w domu panował rozgardiasz, ale bliscy stwierdzili, że był on typowy dla Krzysztofa P. i nie zauważyli w nim nic niepokojącego. Nie dostrzegli też żadnych śladów walki. W akcie oskarżenia prokurator dowodzi, że do śmierci doszło poprzez zagardlenie (biegły z zakresu medycyny sądowej stwierdził złamanie kości gnykowej i chrząstki krtani). Obrażenia mogły wskazywać, że ofiara była duszona. Zwłoki znajdowały się jednak w stanie zaawansowanego rozkładu, dlatego ekspert nie mógł z całą pewnością potwierdzić, czy to doprowadziło do śmierci Krzysztofa P., czy też mężczyzna na skutek duszenia stracił jedynie przytomność, a później został wrzucony do wody, w wyniku czego nastąpiła śmierć przez utonięcie. Biegły, dopytywany przez sąd, nie był w stanie też wykluczyć, że Krzysztof P. doznał urazu szyi wcześniej, a później utonął i nie było w tym udziału osób trzecich. Specjalista medycyny sądowej stwierdził, że mężczyzna w chwili śmierci był pod wpływem przyjął, że do zbrodni doszło w nocy z 22 na 23 grudnia 2019 r. Co ciekawe, pod koniec grudnia policjanci przesłuchali mężczyznę, który znał osobiście Krzysztofa P. Stwierdził on, że 23 grudnia, około godz. a więc w czasie, gdy były leśniczy miał już nie żyć, widział on go w Ozimku za barem Blacha. Jak zeznał świadek, znajomy leżał na ławce, a obok stał jego rower koloru brązowego z koszykiem z tyłu. Świadek szczegółowo opisał, jak mężczyzna był ubrany, choć dodał, że nie rozmawiał z nim, gdyż podejrzewał, iż ten jest nietrzeźwy. Tymczasem inny świadek powiedział policjantom, że zaginionego widział 28 grudnia, a więc 5 dni po rzekomej śmierci, w rejonie Gospody u Mazura w Antoniowie. Krzysztof P. miał wówczas jechać w kierunku Jedlic. Proces Arkadiusza N. ruszył 3 marca 2021 roku przed Sądem Okręgowy w Opolu. Przewodniczącą składu była sędzia Małgorzata Marciniak. Relację z procesu zobaczyła pracownica jednego z ozimeckich sklepów obuwniczych. Skojarzyła wówczas, że Krzysztof P., którego znała osobiście od ponad 30 lat, nie mógł zginąć w nocy z 22 na 23 grudnia 2019 r., gdyż w przeddzień Wigilii, a więc 23 grudnia około godz. 11 był u niej w sklepie, by pożyczyć drobną kwotę. Świadek burzył przyjętą przez prokuratora wersję wydarzeń. Finalnie sąd uznał, że… jego zeznania są „mniej wiarygodne” od innych dowodów. „Nie można też wykluczyć, iż z jakiegoś powodu (kobieta) chciała zeznać korzystnie dla oskarżonego” – konkludował sąd. Dlaczego tak miałoby być, nie wiadomo, zwłaszcza, że Arkadiusz N. twierdzi, że nie zna natomiast przyjąć, iż kobieta i inni świadkowie, którzy widzieli Krzysztofa P. po jego rzekomej dacie śmierci, są wiarygodni koncepcja poszlak łączących się w nierozerwalny ciąg sypie się jak domek z kart. Telefon denata – jak wynika z danych telekomunikacyjnych - zniknął z logowań do BTS 22 grudnia 2019 roku, o godz. (BTS to stacja przekaźnikowa, z którą w danym momencie łączy się telefon). Urządzenie to, w ocenie prokuratury, ponownie zostało aktywowane przez Arkadiusza N. dopiero w marcu 2020 r. Prokurator przyjął, że oskarżony włączył telefon, bo uznał, że organy ścigania przestały się nim interesować. Sąd, po procesie poszlakowym, odnotował w wyroku: „Między godz. a godz. (w odstępie około godziny) zarówno (…) telefon oskarżonego, jak i pokrzywdzonego logowały się w Dylakach, czyli w miejscu znalezienia zwłok Krzysztofa P. Logowania do BTS biegły sądowy stwierdził na podstawie połączeń telefonicznych. Pojawia się więc pytanie, co obaj mężczyźni (a ściślej mówiąc ich telefony) zimową porą, w późnych godzinach wieczorno-nocnych, robili poza domem i to w obszarze BTS, gdzie następnie znaleziono zwłoki pokrzywdzonego”. Czy to przesądza o tym, że mężczyźni byli wówczas obok siebie? Zdaniem biegłego, jeśli BTS jest na otwartej przestrzeni, to połączyć może się z nim telefon, znajdujący się w odległości 3-4 kilometrów. W ekspertyzie sporządzonej przez specjalistę z Katowic czytamy: „na podstawie posiadanych danych można wykazać jedynie, że telefony logowały się do tej samej stacji, tzn. znajdowały się w jej zasięgu. Ze względu na brak dokładniejszych danych nie jest możliwe dokładne określenie położenia telefonów oraz odległości między nimi. Ze względu na duży obszar działania stacji, telefony mogły być obok siebie, jak również mogły być oddalone o kilkaset metrów od siebie”. Logowanie do BTS-ów może być poszlaką w chwili, gdy przyjmiemy, że do zbrodni faktycznie doszło w nocy z 22 na 23 grudnia. To by jednak oznaczało, że kilkoro świadków myliło się, mówiąc, że widziało po tej dacie Krzysztofa P., ewentualnie, że celowo skłamali. Jeśli były leśniczy faktycznie wówczas żył, poszlaka ta powinna trafić do kosza. Zagwozdkę tę mógłby rozwikłać biegły medycyny sądowej, ale zaawansowany stan rozkładu zwłok w chwili ich odnalezienia nie ułatwiał sprawy. Ostatecznie biegły stwierdził, że ustalenie czasu zgonu z kilkudniową dokładnością jest niemożliwe, a zgon mógł nastąpić w okresie „od najmniej kilku tygodni do kilku miesięcy” przed odnalezieniem ciała. Samochód bez śladów denataProkurator przyjął, że zwłoki Krzysztofa P. zostały przetransportowane nad rzekę samochodem Arkadiusza N. Biegły stwierdził, że w samochodzie śladów denata nie znalazł, zastrzegając jednak, że wnętrze auta nie jest przyjaznym miejscem, jeśli chodzi o ślady genetyczne, gdyż w takich warunkach często mają one krótką żywotność. Sąd, na tej podstawie, konkluduje w wyroku: „Z faktu, iż nie stwierdzono śladów dotykowych, nie można wnosić braku obecności osoby w samochodzie, tym bardziej jeżeli była to osoba martwa, u której nie występują odruchy nanoszące materiał biologiczny”.Ekspert wypowiedział się też na okoliczność śladów genetycznych, znalezionych w miejscu zamieszkania denata. Jedynym śladem, który mógłby wskazywać na obecność Arkadiusza N. w domu Krzysztofa P., jest ten pozostawiony na krawędzi stołu. Biegły zastrzega natomiast, że nie da się na tej podstawie wysunąć wniosku jak długo ani kiedy dokładnie oskarżony był w pomieszczeniu. Śladów domniemanego sprawcy nie ujawniono również na niedopałkach papierosów ani na puszkach piwa. W domu nie było też śladów lutym 2022 roku na Komisariat Policji w Ozimku zgłosił się jeszcze jeden świadek, któremu przypomniało się, że ma istotną wiedzę w tej sprawie. Damian P. oświadczył, że w okresie wiosenno-letnim 2019 roku wielokrotnie był z Arkadiuszem N. na rybach. Wędkowali w rejonie domu Krzysztofa P. Oskarżony, przechodząc koło tego domu, miał „przynajmniej czterokrotnie” powiedzieć „kiedyś go zaje…ie” i „kiedyś go zapier…”. Damian P. miał nawet zapytać o powód tych pogróżek, ale – jak twierdzi- usłyszał, że to nieważne. W sprawie pojawił się jeszcze jeden trop. Bliskich Krzysztofa P. zaniepokoił miejscowy przedsiębiorca, mieszkaniec jednej z okolicznych wiosek, który – jeszcze nim odnaleziono ciało – chciał wynająć dom zaginionego z możliwością wykupu. Miesiąc wcześniej – jak wynika z relacji córki denata – ofertę kupna nieruchomości złożył też jej bratu. W przeszłości podobne propozycje miał również otrzymywać sam Krzysztof P. Twierdził, że zainteresowani byli ludzie z Opola i Wrocławia. Sąd ostatecznie ocenił jednak, że ten trop to ślepa uliczka. Sąd Okręgowy w Opolu, wyrokiem z 28 lutego 2022 roku, uznał Arkadiusz N. winnym tego, że „w nocy z 22/23 grudnia 2019 roku w Antoniowie, działając w zamiarze bezpośrednim, poprzez uduszenie, pozbawił życia pokrzywdzonego Krzysztofa P., a następnie dokonał ukrycia zwłok”. 43-latek został skazany na 13 lat pozbawienia w wyroku stwierdził: „Przeprowadzone w sprawie dowody, choć są tu głownie dowody poszlakowe, dają spójny, logiczny i całościowy obraz zdarzeń, a jednocześnie podstawę do przyjęcia winy i sprawstwa oskarżonego w zakresie popełnienia zarzucanego mu czynu. Poszlaki łączą się ze sobą, wzajemnie korespondują i jednocześnie pozwalają wykluczyć inne niż przyjęta wersja zdarzeń. Najbardziej oskarżonego obciążają jego własne wyjaśnienia, które w istotnej dla rozstrzygnięcia o przedmiocie procesu części, zostały zweryfikowane negatywnie i jednoznaczne dowody z logowania telefonów, dokładnie opisane w opiniach biegłego”.Z wyrokiem nie zgadza się ani prokurator ani oskarżony. Ten pierwszy w wywiedzionej apelacji domaga się 25 lat więzienia. Obrońca Arkadiusza N. żąda uniewinnienia lub skierowania sprawy do ponownego rozpoznania. Oskarżony nie marzy nawet o uniewinnieniu przez sąd apelacyjny. Liczy na to, że sprawa wróci do pierwszej instancji, a nowy skład dostrzeże luki w poszlakach. Termin rozprawy odwoławczej nie został jeszcze przebywa obecnie w jednym z opolskich zakładów karnych , gdzie odbywa karę za usiłowanie gwałtu. Sąd skazał go w tej sprawie na 2 lata ofertyMateriały promocyjne partnera Po długich pięciu setach siatkarki ITA Tools Stal Mielec niestety przegrały na wyjezdzie z KS Sorellą Częstochowianką. Na odpoczynek nie ma jednak czasu - już w niedzielę, 6 marca kolejne spotkanie, tym razem w Mielcu. Siatkówka, 1. Liga Kobiet KS Sorella Częstochowianka - ITA Tools Stal Mielec 3:2 (26:24, 25:18, 20:25, 23:25, 15:10) Mielczanki pojechały do Częstochowy na mecz 23. kolejki, by zmierzyć się z czwartym zespołem w lidze. Niestety gra nie układała się zbyt dobrze i do gospodynie były górą w dwóch pierwszych setach. Siatkarki ITA Tools zwyciężyły jednak w trzecim secie dając sobie szansę na dalszą grę. Gdy wywalczyły także zwycięstwo w czwartym secie, powróciły nadzieje na cenne zwycięstwo. Niestety w tie-breaku częstochowianki odzyskały siły i doprowadziły do zwycięstwa w meczu. Ostatecznie mielczanki przywożą do Mielca tylko jeden punkt. Na rozterki nie ma jednak czasu. Już w niedzielę, 6 marca przed siatkarkami kolejne spotkanie. O godz. 18 na hali SP3 w Mielcu rozegrana zostanie kolejna, 24. kolejka 1. Ligi Kobiet. Rywalkami biało-niebieskich będą siatkarki z Białegostoku, które zajmują aktualnie przedostatnie miejsce w tabeli.

nie ma czasu trzeba zapier